Pierwszy kontakt z określeniem patriotyzm miałem w szkole podstawowej. Kiedy już poznałem znaczenie tego słowa spotykałem się z patriotyzmem w życiu codziennym. Miał on różne postacie, a osoby które zasłużyć powinny na miano “patrioty” przejawiały swój patriotyzm na różne sposoby. Na przykład pan Marian, menel z osiedla na którym mieszkam, i którego znają wszyscy, kupuje tylko regionalne wino. Nie dlatego przecież że jest tańsze, Pan Marian trzymając opróżnioną do połowy butelkę jabola uświadamia mnie na ulicy.
- Pije takie bo daję zarobić kurna… (Pan Marian jednocześnie pociąga papierosa marnej jakości)
chłopakom z Milejowa, oni mają kurna robotę w przetwórni a w ten sposób płacą podatki na moją emeryturę. I tak się kurna nakręca koniunkturę! Prawie krzyczy już lekko przygłuchy Pan Marian. W sumie sposób ma dobry, kupując regionalne produkty zwiększa się zapotrzebowanie na produkcję więc pracę w najbliższej okolicy. Ja Sam kupuję piwo “perła” bo dobre, niedrogie i robotę koledzy mają.
Inni patrioci których widuje to tacy co malują mordy na biało czerwono, i idą napierdalać się na imprezę zwaną meczem. Jak wygląda mecz w Polsce każdy wie. Zbiera się w jednym miejscu kilku set kibiców, jeśli kibicują drużynom z różnych krajów to na pewno uważają się za patriotów.. Wielu z nich po kilka razy siedziało już w więzieniu. Więc mogą rozrabiać ile dusza zapragnie, więzienie już im nie straszne. Po przegranym meczu wychodzą na ulicę zaczynają wyrywać kostkę z ulicy i rzucać w policjantów. Ci jeśli dadzą się sprowokować to impreza gotowa. Jeśli przypadkiem w pobliżu stadionu przypadkowo znajdzie się jakiś samochód to prawdziwi patrioci koniecznie muszą przewrócić go do góry kołami i powybijać szyby. Nie ma wtedy znaczenia czy jest to samochód kogoś z drużyny przeciwnej (piłkarza lub kibica), czy może jest to samochód mieszkańca drużyny drużyny z miasta z którego pochodzą “patrioci”. Samochód należy rozpieprzyć i kropka!!! Przy okazji może uda się kilku patriotom dopaść jakiegoś chłopaka spacerującego po parku i spuścić mu łomot. Przecież jest sam a patriotów sześciu, tamten i tak nie ma szans, więc nie ma ryzyka. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda gdy drużyna prawdziwych patriotów wygra. Należy wtedy bez pardonu wywrócić do kompletu kilka radiowozów i pobić dziesięciu policjantów. Jak mówi stare patriotyczne przysłowie nie będzie w niebie ten kto policjanta po meczu nie naje…bie.
Jednak do takiego rodzaju patriotyzmu jestem przyzwyczajony, zaskoczenie przyszło 2 maja 2009 roku. Właśnie tego dnia a w zasadzie poranka spałem w pokoju z Marysią. Ok godziny 8 rano obudził mnie jęk, Tomka biegnącego przez przedpokój. Bardzo mnie to zaniepokoiło, gdyż dźwięk wydawany przez niego nie dawał cienia wątpliwości że Tomek cierpi jakieś bule. Biorąc pod uwagę porę dnia a w zasadzie poranka zaskoczeniem było że Tomek (stary byk 17 lat i 85-90kg wagi) który jest traktowany jak dziecko, przemierza przedpokój od strony wyjścia do kuchni. Dźwięk który z siebie wydawał był przeraźliwy i gotów byłem przerwać poranne wylegiwanie się, odnaleźć igłę i nitkę której nie mam pojęcia gdzie należy szukać u Marysi w domu, i przyszyć mu obciętą rękę lub nogę. Na takie właśnie obrażenia wskazywały jego jęki. Po chwili jednak dowiedziałem się że Tomek spadł z drabiny. Szkoda chłopaka pomyślałem, musiał źle ją rozstawić drabina się zachwiała i pewnie runął z trzech lub czterech metrów. Podobno Miał rozbitą twarz potłuczone kolana i rękę. Miał chłopak trochę szczęścia, z wysokości o której myślałem że spadł można było sobie naprawdę krzywdę zrobić. A on ma tylko kilka siniaków i stłuczoną wargę. Zastanawiał mnie jednak fakt że miał stłuczone obydwie strony np. prawe kolano i lewy łokieć. Nawet gdybym spadał z wysokości 4 m to zapewne upadł bym na jedną stronę, lewą lub prawą. Zapewne miał bym miał stłuczoną rękę bo pewnie bym zasłaniał twarz. Tomek jednak tego zdążyć nie zrobił i z jego wargi tryskała krew. Żal biedaka, tym bardziej że wczoraj widziałem drabinę z której spadł. Jej wysokość to na pewno ok. 4 metrów. Tomek zaczął chodzić o kuli, którą udostępniła mu babcia. Po jakimś czasie jednak rzucił ją w kąt i przestał jej używać. Temat odszedł w zapomnienie, wrócił jednak jak bumerang podczas mojego poobiedniego spaceru po wesołej wioseczce. Wracając kątem oka zauważyłem na rogu domu jakiś czerwony patyk. Był on umieszczony na mniej więcej na wysokości 3 metrów. Wokół patyka zawinięta a w zasadzie zaplątana była flaga polski. Zdumiał mnie nieład w jakim znajdował się symbol polski, jeśli już ktoś wiesza flagę powinna być rozwinięta. Postanowiłem ją poprawić o czym zakomunikowałem Marysi. Marysia popatrzyła na mnie zaniepokojona i mówi.
- Już jeden dziś z tam tond spadł. Wszystko się bidulce pomyliło Tomek spadł z jakiejś dużej wysokości pewnie z drabiny co za stodołą stoi. Poprawiam więc Marysię . – On spadł z innej drabiny. Ta jest niziutka z tej co najwyżej miał by siniaka i to musiał by mieć pecha, a przecież on jest zdrowo porozbijany: kolana, łokieć, twarz. (takie obrażenia nie mogą być skutkiem upadku z 4 metrów bo na tyle trzeba było wejść aby zatkać patyka na ścianie). Marysia zaczyna mnie uświadamiać. – Nie on spadł z tond, on spadł właśnie z tej drabiny. Próbując ocenić sytuację nie jestem w stanie zrozumieć jak mógł upaść że miał tyle siniaków i stłuczeń. oglądam patyka wysokość ok 3 m. Rękę podnoszę na 2,5metra czyli brakuje pół metra. Wystarczy wejść na drugi stopień, spadając z tej wysokości trudno sobie coś zrobić przeprowadzam analizę: stłuczone lewe kolano, prawy łokieć rozbita warga, obite trzy palce lewej ręki i sine paznokcie. Na własną rękę próbowałem przeprowadzić wizję lokalną i gotowy byłem spać z dwa razy większej wysokości aby dojść do tego jak Tomek tego wszystkiego dokonał. Ustawiałem drabinę i skakałem z niej z drugiego stopnia, imitując upadek przez dobre czterdzieści minut. Upadałem na plecy, nogi, tyłek, ręce, bark, bok. Brak mi czasu i znajomości słów aby opisać wszystkie te upadki. Były loty długie i krótkie, kontrolowane i niekontrolowane, szybujące i pikujące głową w dół, z korciongiem w powietrzu i już na ziemi. Kiedy moja fantazja odnośnie lotów z drabiny została wyczerpana siadłem zrezygnowany na ławce z boku domku i otworzyłem piwko. Kości bolały od dziesiątków upadków a ja nadal nie wiedziałem jak można porozbijać się w tylu miejscach przy upadku z drugiego stopnia. Nagle z za rogu wyłonił się Tomek idąc w moją stronę lekko się uśmiechał, miał widać dobry humor. Postanowiłem zaspokoić swoją ciekawość i wypytać bezpośrednio poszkodowanego. Zaczynam więc dialog.
- Wiesz tak się trochę zastanawiam jak mogłeś nabić sobie tyle siniaków i stłuczeń w różnych miejscach ciała i z różnych stron ciała, podczas jednego upadku?? Krzyś przez chwilę patrzył na mnie zdziwionym wzrokiem.
- A kto mówił że upadek był jeden??? Odpowiedział mi pytaniem. Teraz już całkiem zgłupiałem nie przyszło mi do głowy że on upadł więcej niż raz z tej drabiny. Ciągnę więc temat.
-Jak więc to się stało??
- Wiesz na początku spadłem i stłukłem sobie kolana, które są sine i w lewym zebrał mi się jakiś płyn. Jak już leżałem i wiłem się z bólu przewróciła się na mnie metalowa drabina zrobiona ze stalowych profili, jak na mnie upadała zasłoniłem głowę ręką i dostałem w łokieć. To mówiąc Tomek pokazuje siny od krwi pod skórą łokieć. Więc połowa urazów już była dla mnie jasna. Pomyślałem że jeszcze że przewracająca się drabina zaczepiła o antenę satelitarną i urwała ją, a ta spadając uderzyła Tomka w twarz. Teoria niezła, nie zgadzał mi się tylko jeden fakt. Przyjeżdżam do Marysi już od kilka miesięcy ale nigdy nie widziałem w domu żadnego urządzenia do odbioru telewizji satelitarnej, mało tego – Nigdy nie oglądałem kanału którego nie było by w podstawowym pakiecie. Nie trzeba być detektywem aby wpaść na to że drabina nie mogła o żadną antenę satelitarną zaczepić no chyba że była by tak długa że mogła uderzyć w dom sąsiada, jednak tą teorię odrzuciłem równie szybko jak wysnułem. Pytam więc po prostu pokazując na palce i patrząc na spuchniętą wargę. -Aaaaa to jak już kuśtykałem do domu zaczepiłem lewą noga o próg i przewracając się uderzyłem twarzą w ścianę. Po przemyśleniu tego całe zdarzenia stwierdziłem że nie będę już dopytywać się o czarne od krwi paznokcie na trzech palcach, czułem niemoc w rozwiązaniu tej zagadki i nie chciałem już męczyć ofiary patriotyzmu. On jednak sam kontynuował: – jak się podnosiłem w przedpokoju to podtrzymałem się futryny, wtedy zawiał wiatr powodując przeciąg w domu który zamknął swoją siła drzwi i przytrzasnął mi te trzy palce. To mówiąc Krzyś podstawił mi pod nos trzy pięknie zmiażdżone paznokcie przygotowane już do zejścia z palców w najbliższym czasie.
Chyba nie chce być patriotą.
Tags: flaga Polski, patriota
Bede wracal na ta strone.